2016-10-07 - ''Tyscy prorocy - Kapica, Blachnicki'' - wykład ks. dr. Henryka Olszara

„Czy może być coś dobrego z Nazaretu? (…).

Chodź i zobacz!” (J 1, 45-51).

Kapica i Blachnicki – tyscy „prorocy”.

 

Oddajmy głos Janowi Ewangeliście:

 

Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy – Jezusa, syna Józefa z Nazaretu. Rzekł do niego Natanael: Czyż może być co dobrego z Nazaretu? Odpowiedział mu Filip: Chodź i zobacz. Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Powiedział do Niego Natanael: Skąd mnie znasz? Odrzekł mu Jezus: Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym. Odpowiedział Mu Natanael: Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela! Odparł mu Jezus: Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: Widziałem cię pod drzewem figowym? Zobaczysz jeszcze więcej niż to. Potem powiedział do niego: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego (J 1, 45-51).

 

  1. Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: „Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu”.

Filip wypełnia swój obowiązek, który spoczywa na wierzącym: przekazuje dobrą nowinę o tym, że spotkał proroka, którego zapowiadał Mojżesz (Pwt 18,15), Ale taki prorok jeszcze się nie pojawił (Pwt 34, 10-12). „Jezusem, synem Józefa” mógł być każdy, gdyż i Józef i Jezus – czyli Jehoszua i Jozue były popularnymi imionami. Jak reaguje Natanael? Skoro nie wie nic o Jezusie, odnosi się do swojej wiedzy na temat Jego rodzinnych stron.

Rzekł do niego Natanael: „Czyż może być co dobrego z Nazaretu?”.

Najwyraźniej nazarejczycy nie mieli zbyt dobrej opinii w Galilei. W Ewangelii Jana ponownie znajdujemy wyraz tego stereotypu w J 7, 52. Natanael zareagował instynktownie. Opierał się na swojej wiedzy, błędnej, ale jednak wiedzy. Nie zbył Filipa z lenistwa czy chęci zachowania świętego spokoju.

Odpowiedział mu Filip: „Chodź i zobacz”.

Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim:

„Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu”.

Niedowiarek dał się przekonać. To bardzo istotne, gdyż nawet, jeśli działał na podstawie swoich wiadomości, uświęconych tradycją i powszechnością, to jednak nie jest twardo okopany. Idzie, aby zweryfikować swoje poglądy przez zderzenie ich z rzeczywistością. Jezus ledwo go ujrzał i już pochwalił za tę szczerość, która kazała przywołać opinię na temat Nazaretu.

Powiedział do Niego Natanael: „Skąd mnie znasz?”.

Odrzekł mu Jezus: „Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym”.

Jezus oczywiście znał dobrze Natanaela, i to na długo nim ten zasiadł pod figowcem. Teoretycznie dość słaby argument – „siedziałeś pod takim to a takim drzewem”. Mało to figowców w Judei? Jest bardzo prawdopodobne, że Natanael pod którymś przysiadł. A może coś się ważnego pod tym figowcem wydarzyło, może Natanael myślał w cieniu tego drzewa o sprawach Bożych? W każdym razie, efekt jest, co najmniej wspaniały.

Odpowiedział Mu Natanael: „Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś królem Izraela!”.

Wszechwiedza jest atrybutem Boga, ewentualnie proroka, któremu odpowiednich informacji udzieli Bóg. Stąd Natanel szybko wywnioskował, że stoi przed nim ktoś wielki. Jego wyznanie było szczere. Nazywa on Jezusa rabbim, czyli swoim nauczycielem, chcąc od Niego uczyć się i zdobywać wiadomości.

Odparł mu Jezus: „Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: «Widziałem cię pod drzewem figowym»? Zobaczysz jeszcze więcej niż to”. Potem powiedział do niego: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego”.

Ten słowa stały się preludium - zapowiedzią chwały, jaką ujrzą ci, którzy uwierzą Jezusowi. Może warto czasem zastanowić się i sprawdzić, czy z Nazaretu może wyjść coś dobrego?

  1. A czy może „wyjść coś dobrego” z Tychów, naszego miasta?

Tak!

Oto oni – nasi dwaj tyscy „prorocy”: ks. prałat Jan Kapica i Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki. Obaj byli związani z parafią św. Marii Magdaleny - Matką wszystkich kościołów tyskich. Pierwszy swoją posługą proboszczowską na przełomie XIX i XX stulecia, drugi zaś swoją służbą wikariuszowską na początku lat pięćdziesiątych XX wieku.

 

  1. Ludzie tej ziemi.

 

  1. MÓWCA Z BOŻEJ ŁASKI - KS. JAN KAPICA

 

Sztuka pięknego mówienia i jednocześnie „pociągania” wypowiadanymi słowami tłumów wiernych nie jest obca wielu księżom. Również Śląsk miał i ma swoich wybitnych mówców. Byli nimi kaznodzieje głoszący rekolekcje ludowe oraz ci, którzy głosili słowo Boże w czasie uroczystości pielgrzymkowych w naszych śląskich sanktuariach. Wśród nich możemy wymienić: ks. Józefa Preussa - proboszcza z Miechowic, ks. dziekana Józefa Michalskiego z Lipin, o. Atanazego Kleiwächtera - gwardiana z Góry św. Anny, ks. Antoniego Stabika - proboszcza z Michałkowic, ks. Roberta Engela z Wierzch czy ks. biskupa Stanisława Adamskiego. W okresie Polski międzywojennej biskup Adamski wydał nawet dekret, na mocy którego wszyscy księża mieli obowiązek omówienia w trakcie kazań wszystkich prawd wiary. Potwierdzono to uchwałą 124 Synodu Plenarnego Episkopatu Polski z 1936 roku, nakazującą głoszenie wspomnianych nauk w niedzielę. Zalecano korzystanie ze zbiorów kazań Tihamera Thotha w przekładzie ks. Ferdynanda Machaya.

W 1932 roku utworzono Koło Homiletyczne Diecezji Katowickiej. Jego członkowie, kapłani, sporządzali w nim wzorce kazań, udzielali wskazówek, organizowali kursy. Ks. Szramek nakazywał wręcz głoszenie kazań prostych, opartych na konkretach, które wzbudzałyby zainteresowanie słuchaczy. Jego zdaniem: „piękne słowa i kwiecista frazesy nie imponują ani księżom, ani ludowi”.

Przykładem geniusza krasomówczego był także ksiądz Jan Kapica, o którym napisano: „Nie operował on gładkimi frazesami, ale całkiem oryginalnymi obrazami i argumentami, które szybko rozjaśniały gąszcze wszelkiej wątpliwości, uprzedzeń i przesądów, a rzucone potem z afektem, działały siłą lawiny rosnącej i łamały wszelkie opory. Był to mówca z Bożej łaski”.

Urodził się 2 lutego 1866 roku w Miedźnej, jako najstarszy syn Jana i Anny z d. Janyga. Uczył się w miejscowej szkole elementarnej, w szkole prowadzonej przez u Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Karola Boromeusza w Pszczynie, w Gimnazjach: w Bielsku i Pszczynie. Na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego ukończył studia teologiczne, po których w katedrze wrocławskiej przyjął 15 czerwca 1892 roku święcenia kapłańskie z rąk kard. Jerzego Koppa. W Miedźnie na prymicjach ks. proboszcz Oskar Loy zakończył kazanie stwierdzeniem: „A teraz, Jaśku, nie bój się ani diabła, ani Bismarcka”.

Po święceniach pracował jako wikariusz przez kilka tygodni w Gierałtowicach (1892) i dwa lata w Siemianowicach (1892-1894). 7 sierpnia 1894 roku został przeniesiony do parafii św. Jadwigi w Berlinie. Dzięki protekcji księcia Chlodwiga Karla Victora Hohenlohe-Schillingsfürst, księcia Raciborza na Śląsku i Corvey w Westfalii, Kanclerza Rzeszy, został w 1898 roku proboszczem w Tychach.

Biografia ks. Kapicy ma także swój jankowicki epizod. Otóż 14 lutego 1898 roku kardynał Kopp przesłał Wikariatowi dokument instytucyjny dla ks. Kapicy na urząd pierwszego proboszcza w Jankowicach. Ten jednak zrezygnował i objął parafię w Tychach. Tam administratorem był ks. Teodor Schliwa, który dowiedziawszy się o odmowie ks. Kapicy, pragnął objąć Jankowice. Doszło do zamiany dekretów.

W parafii tyskiej rozwinął ruch abstynencki.

Program ks. Kapicy z pierwszego okresu działalności trzeźwościowej przypomina poglądy ks. Alojzego Ficka z Piekar Śląskich. Jak wiadomo, program ks. Ficka nie zawierał postulatu całkowitej abstynencji, ale propagował skuteczne metody ograniczenia spożywania mocnych trunków. Dopuszczał zaś umiarkowane picie wina i piwa. Bractwo Wstrzemięźliwości w Tychach zostało założone przez ks. Kapicę w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP — 8 grudnia 1898 roku. W ciągu niespełna dwóch lat od założenia, do bractwa wstąpiło 2784 parafian. W tym czasie księga bracka była wystawiona w kościele i każdy kandydat osobiście wpisywał deklarację. Na początku 1901 roku Bractwo Wstrzemięźliwości w Tychach liczyło już 3190 członków obojga płci. Większość z nich wstępowała do bractwa w święta maryjne. Członkowie bractwa rekrutowali się przede wszystkim z tyskiej parafii i okolicznych wsi kościelnych, ale znajdujemy także w księdze brackiej nazwiska osób z dalszych parani: Mysłowic, Brzezinki, Siemianowic. W marcu 1906 roku liczba członków bractwa osiągnęła już cyfrę 4335. Od 1906 roku tyski proboszcz zaczął przyjmować do bractwa dzieci pierwszokomunijne. Ta grupa członków bractwa stanowiła Towarzystwo św. Anioła Stróża (Schutzengelbund). Wszystkie dzieci wstępujące do towarzystwa przyrzekały pełną abstynencję.

Założenie Bractwa Wstrzemięźliwości w Tychach zostało poprzedzone rekolekcjami trzeźwościowymi. Ks. Kapica okazał się nieprzeciętnym mówcą. Sława o jego zdolnościach krasomówczych szybko rozeszła się po całym Górnym Śląsku. Wielu proboszczów śląskich, pragnących założyć podobne bractwa w swojej parafii, czekało na jego przybycie.

Ks. Kapica wypracował oryginalny styl prowadzenia rekolekcji i trzymał się go konsekwentnie. Pierwszy dzień rekolekcji, zwanych również misjami, rozpoczynał wieczornym kazaniem wstępnym, poprzedzonym nabożeństwem różańcowym lub śpiewem popularnych pieśni maryjnych. W pierwszym kazaniu nawiązywał do jakiegoś wydarzenia z życia parafii, w której akurat przebywał. W jednym przypadku była to wizyta z posługą duszpasterską u kobiety umierającej na skutek pobicia przez męża pijaka. W innym przypadku mówił o spotkaniu chorej umysłowo matki wskutek obciążeń dziedzicznych wynikających z pijaństwa ojca. Zdaniem ks. Kapicy, kaznodzieja powinien mieć w jednej ręce Ewangelię, a w drugiej codzienną prasę. Misje trwały zwykle trzy dni. Składało się na nie 5 do 8 nauk poruszających problem alkoholizmu z religijnego, moralnego i społecznego punktu widzenia. Każdorazowo, po wieczornym kazaniu, uczestnicy rekolekcji odmawiali modlitwy, najczęściej Memorare — modlitwę członków bractwa. Po ostatnim kazaniu wszyscy kandydaci do Bractwa Wstrzemięźliwości głośno wymawiali przyrzeczenia trzeźwościowe i osobiście wpisywali się do księgi brackiej. W ceremonii zapisywania się do bractwa nie brakowało pewnych teatralnych gestów: gdy kaznodzieja głosił ostatnie kazanie, odzywały się dzwony z wieży kościelnej, które towarzyszyły słowu „o potrzebie opamiętania się wszystkich, którzy jeszcze tkwią w szponach nałogu”.

W latach 1900-1903 ks. Kapica przeprowadził na terenie Górnego Śląska dziesiątki rekolekcji abstynenckich, w których wyniku powstało blisko 100 bractw trzeźwościowych.

Po raz pierwszy w sprawie trzeźwości ks. Kapica zabrał głos na diecezjalnym zebraniu księży dziekanów, które odbyło się w 1898 roku we Wrocławiu. Na życzenie kard. Jerzego Koppa przedstawił on nowe ujęcie kwestii trzeźwości. Posłużył się przy tym własnymi doświadczeniami, które zdobył na tym polu dzięki działalności w parafii tyskiej. Po kilku latach ponownie zabrał głos na rzecz trzeźwości w 1907 i 1908 roku - na 56. Generalnym Zjeździe Katolików Niemiec we Wrocławiu, gdzie słynne okazało się jego przemówienie pt. „Alkohol und soziale Frage”).

Ks. Kapica działał także na polu kulturalno-oświatowym, zakładał polskie biblioteki, stworzył 38 bractw i stowarzyszeń, udzielał się w Towarzystwie Polsko-Katolickim.

Całe życie kapłańskie ks. Kapicy stało pod znakiem dwóch pasji - działalności społecznej i politycznej. Ks. Kapica od 1899 roku był sekretarzem Górnośląskiego Okręgu Stowarzyszenia do walki z alkoholem z siedzibą w Bytomiu.

Po raz pierwszy nazwisko ks. Kapicy - jako działacza politycznego - pojawiło się w 1903 roku. Komitet niemieckiej partii Centrum wystawił go jako kandydata do parlamentu pruskiego z okręgu Bytom-Tarnowskie Góry. Mimo przegranej, przez kilka następnych lat ks. Kapica angażował się mocno po stronie Centrum, sprzeciwiając się z jednej strony hakatyzmowi niemieckiemu i radykalizmowi polskiemu z drugiej. W 1908 roku zmienił stanowisko w kwestii politycznej, opowiadając się po stronie dążeń polskich na Górnym Śląsku. W maju 1908 roku na zebraniu przedwyborczym w Opolu, pierwszy raz użył publicznie zwrotu „My, Polacy”. Uzyskał mandat i wszedł do Koła Polskiego sejmu pruskiego w Berlinie.

W czasie plebiscytu agitował za Polską, jako zastępca kierownika Polskiego Komitetu Plebiscytowego na powiat pszczyński. W 1919 roku został przewodniczącym Śląskiego Związku Akademickiego, skupiającego 120 księży działających na rzecz przyłączenia Śląska do Polski. Po przyłączeniu tylko części Górnego Śląska do Polski został mianowany przez biskupa Adolfa Bertrama delegatem książęco-biskupim dla polskiej części Górnego Śląska z władzą wikariusza generalnego. 22 czerwca 1922 roku ks. Kapica witał w Szopienicach wkraczające na Górny Śląsk oddziały gen. Szeptyckiego.

Po zakończeniu I wojny światowej ks. Kapica wziął udział w tworzeniu zrębów nowej diecezji katowickiej. Najpierw jako delegat biskupi, później zaś jako członek władz diecezji u boku biskupa Augusta Hlonda. Po pierwszej wojnie światowej kierownictwo w ruchu trzeźwości na Górnym Śląsku przejął z rąk Kapicy proboszcz z Hajduk Wielkich – bł. ks. Józef Czempiel. Do końca życia publikował krótkie artykuły w „Gościu Niedzielnym”, popularyzujące ideę trzeźwości i abstynencji. Najczęściej były to przedruki przedwojennych kazań i ulotek.

W odrodzonej Polsce przygotował Zjazd Katolików śląskich w Królewskiej Hucie (1923) i w Katowicach (1924), głosił kazania w czasie koronacji obrazu MB Piekarskiej(1925), wygłosił cykl kazań emitowanych w radiu ogólnopolskim. Pełnił wiele ważnych funkcji kościelnych, został odznaczony orderem papieskim „Pro Ecclesia et Pontifice” oraz Gwiazdą Górnośląską. Drukiem ukazały się jego Kazania, mowy - odezwy. Zmarł 10 czerwca 1930 w Tychach i został pochowany przy miejscowym kościele pw. św. Marii Magdaleny. Pozostawił po sobie liczny dorobek piśmienniczy w języku polskim i niemieckim, w większości poświęcony walce z pijaństwem i upowszechnieniu idei abstynencji od alkoholu.

Bł. ks. Emil Szramek, były wikary ks. Jana Kapicy, powiedział na pogrzebie swojego proboszcza, że odszedł ze świata „jeden z najlepszych synów górnośląskich”. Jego zdaniem proboszcz i dziekan tyski zasłużył sobie w pełni na miano „Apostoła trzeźwości Górnego Śląska”

Krasomówczy geniusz tyskiego proboszcza jest dla tyszan nadal aktualny. Dlaczego? Bo posiadał w najwyższym stopniu duszpasterskie wczucie w ducha czasu i jego potrzeby. To był „filozof z Tychów”. Był par excellence katolicki.

Oto słowa, wyjęte kazań, mów i odezw tego „mocarza słowa”:

 

„Nie opuszczajmy Mszy świętej w niedziele i święta, A jeśli to komu trudno, niech spojrzy na Familję świętą, która wybrała się w tak daleką podróż do kościoła!” (…).

 

„Niedziela! Jakoś wszędzie widać tę niedzielę. Na polu niedziela, na łąkach, w lesie niedziela. Zdaje się, że i ptaszki i zwierz polny czują, że niedziela. Dzwony wesoło dzwonią, wołają i proszą do domu Bożego. Chodźcie do domu Bożego, zapomnijcie na chwilę o kłopotach i troskach życia codziennego. Oddajcie Bogu winny ukłon, podziękujcie za łaski odebrane, proście o dalsze łaski. Pokażcie, żeście lud wierny, lud katolicki! Na ten głos spieszy lud pobożny z bliska i daleka, lud ubogi i bogaty, spieszy do pracy, spieszy bez wypoczynku; miłość do Boga daje siły, wytrwanie, bo w sercu niedziela. Tylko w twoim sercu nie ma. „Ja do kościoła na Mszę św. nie pójdę!”. Lada wymówka, wymóweczka wystarczyć musi, by uchylić się od spełnienia przykazania kościelnego, aby zagłuszyć sumienie. Wiesz, bracie, co to jest? To grzech! A wiesz, jaki? To grzech śmiertelny! Wiesz, co to kosztuje? To kosztuje piekło! Matka w kościele, ojciec w kościele, a dziecko? Kościoła nie widzi, chyba tylko w Wielki Piątek. Nie chodzi do kościoła, a czemu? Bo matka go nie pośle, bo matka nie rozkaże, bo ojcu pijakowi pilno przyodziewać dzieci Żyda szynkarza, a własne dziecko, biedactwo, obdarte, nie ma szaty kościelnej. Wiesz, matko, co to jest? To nie oziębłość. To już grzech! A jaki? To grzech śmiertelny! Wiesz, co to kosztuje? To kosztuje piekło! (…)”.

 

„Zbliża się koniec misji; Jest niedziela po południu. Kościół tłumów nie może pomieścić. Co to za wspaniały widok, taka świątynia przepełniona (…). Jeszcze jedna pieśń do Matki Boskiej – a kaznodzieja wstępuje po raz ostatni na ambonę. Ze zmęczonym głosem rozpoczyna, a jednak nie wolno mu być zmęczonym, bo chodzi teraz o ostatni szturm, o ostatni atak na serca ludzkie. Do tego potrzeba prawie nadludzkiej siły. W poprzednich kazaniach był przedstawił całą zgrozę, całe okrucieństwo, nędzę i sromotę nieszczęsnego pijaństwa, ale cóż, pijak jeszcze nie jest przekonany! Czyli raczej jest przekonany o słuszności nauk. <Kaznodzieja ma rację, każde słowo jest prawdziwe>, mówi mu sumienie, lecz serce nie chce się jeszcze poddać. Biedny pijak wzdryga się na myśl, że ma unikać teraz ukochanego napoju. Każda żyłka, każda kropla krwi w nim się odzywa: <To wykluczone, nie możesz żyć bez kieliszka!>. By jednak zaspokoić swe sumienie, mówi sam do siebie: ‘Już nigdy się nie upiję, zawsze będę pił z miarą, kto mi to może zabronić!’ albo ‘pić już nie będę, lecz to uroczyste zaprzysiężenie! Nie, tego złożyć nie mogę! A zresztą może ten obcy kaznodzieja gadać co chce, mnie to jest obojętne!’. – Lecz dziwna rzecz! Kaznodzieja nakreślił w swych kazaniach całe życie i całą nędzę jego, a teraz, zdaje się, odgaduje najtajniejsze jego myśli: ‘Przyjacielu’, woła do niego kapłan, ‘mylisz się, nie umiesz być umiarkowanym: wstąp do bractwa wstrzemięźliwości, żebyś mógł obok korzyści wstrzemięźliwości używać też wspaniałych owoców łaski bractw kościelnych. Jako mówisz, nie puszczę mojego kieliszka? Wszystko mi jest obojętne? Co to za straszne słowo? Więc pójdź za mną do więzień, do szpitali i popatrz tam na całą nędzę i hańbę. Wiesz, kto napełnił te domy? O tak, wiesz, pijaństwo, a teraz mów: ‘To mi jest obojętne, ja pije dalej!’. Popatrz na twoją żonę, jaka zgnębiona, cień tylko jej młodości! Popatrz na twoje dzieci, jak się trzęsą, jak się modlą, i mów: ‘To mi jest obojętne, i pij dalej!. Przypatrz się Jezusowi na krzyż, przypatrz się ranom Jego, słuchaj krzyku Jego bolesnego. Wiesz, kto mu zadał te rany, kto wymusił z Niego ten krzyk bolesny? O tak, ty wiesz, a teraz mów: ‘Mnie to jest obojętne, ja pije dalej!’. (…) Powtórz za mną: ‘Hańba mego Kościoła, którego jestem synem – nędza mych dzieci, których jestem ojcem, narzekanie mojej żony, której ślubowałem miłość, boleść moich rodziców, których mam być podporą, zguba bliźniego, któremu jestem bratem (…) – to wszystko jest mi obojętne, a ja piję dalej!’. Jak to, nie chcesz tego mówić ze mną? Więc potwórz za mną takie słowo: ‘Przyrzekam od dziś strzec się gorzałki’. ‘Ale co mi ten obcy kaznodzieja ma do rozkazywania?’. ‘Przyjacielu, nie rozkazuję ci, lecz błagam’. (…) Nie pij więcej! (…)”.

 

Dla społeczności tyskiej i górnośląskiej ks. infułat Jan Kapica był przywódcą, doradcą i przyjacielem. Uświadamiał wiernym społeczną zasadę solidarności międzyludzkiej i współodpowiedzialności za losy jednostki, rodziny, Kościoła i państwa. Przyczynił się do ocalenia głębokiej religijności Górnoślązaków.

 

* * *

 

Po II wojnie światowej ideę trzeźwościową ks. Kapicy rozwinął Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki, „Apostoł Żywego Kościoła”, twórca Krucjaty Wstrzemięźliwości w latach 1957-1960.

 

  1. APOSTOŁ ŻYWEGO KOŚCIOŁA - KS. FRANCISZEK BLACHNICKI

 

            Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki był ofiarą nienawiści dwóch systemów. Znalazł się wśród tysięcy osób duchownych, którzy w latach 1939-1989 byli zatrzymani i aresztowani, zostali skazani wyrokiem sądu, byli deportowani, wygnani, skierowani decyzją niemieckich i sowieckich władz okupacyjnych do obozów koncentracyjnych i pracy przymusowej oraz byli „lustrowani”, czyli dobrowolnie lub względnie w wyniku różnych rodzajów nacisków współpracowali z organami bezpieczeństwa Polski „ludowej”, albo byli poddawani szykanom i kontroli tajnych współpracowników.

            Kim był na co dzień ks. Franciszek Blachnicki – ten Apostoł Żywego Kościoła, Człowiek wiary konsekwentnej, Człowiek żyjący z wyrokiem Bożej Opatrzności; Człowiek, który życie swoje oddał za Kościół? Kim był ten, który przeżył swoje rekolekcje więzienne, mówił nam o swoich trzech nawróceniach i spoglądał na świat w świetle łaski? Kim był ten jeden z najwybitniejszych polskich teologów i duszpasterzy drugiej połowy XX wieku? Kim był wreszcie ten, którego dojrzały rozwój osobowy wynikał z umiejętności połączenia wewnętrznych przeżyć duchowych i poszukiwań teologiczno-pastoralnych?.

            Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki, wychowany w religijnej rodzinie, przeżył głębokie duchowe doświadczenie, które odsłoniło przed nim nieznany dotąd wymiar wiary. Z natury aktywny, znakomity organizator o temperamencie przywódcy, nagle znalazł się w sytuacji skrajnego dyskomfortu. Obezwładniony fizycznie – był w więzieniu i psychicznie – z wyrokiem śmierci, zdał się dryfować nieuchronnie ku swemu przeznaczeniu. A to oznaczało śmierć w chwili, gdy się ledwie zaczęło żyć, gdy się nie chce umierać, bo w sercu ledwie zagościła wiosna.

            Ale Bóg jest Panem czasu. Bóg wyznacza stosowne chwile i prowadzi człowieka. I znalazł taki czas, by pogrążonemu w ciemności człowiekowi powiedzieć, że jest Mu potrzebny. To było 17 czerwca 1942 roku w katowickim więzieniu – w trakcie największego dnia życia – jak określił ten moment swej własnej historii w testamencie. Ku ogarnionemu niepewnością Franciszkowi Blachnickiemu pochyliła się odwieczna Miłość. Poddał swe przeżycia analizie. I tak otrzymał dar wiary, o którym napisał: (…) zupełnie nowe, nie ludzką mocą zapalone światło, które świeci nawet wtedy, gdy nie pada jeszcze na żaden przedmiot i trwa cicho, nieporuszenie jak gwiazda, świecąc w ciemnościach i sama będąc ciemnością.

            Przez resztę lat wydarzenie to będzie owocować, przynosząc plon obfity. Ksiądz Franciszek Blachnicki nosił w sercu zapis więziennego doświadczenia i dlatego mógł później uczyć z przekonaniem: Uwierzyć w miłość Boga, być pewnym Jego miłości względem siebie, głosić tę wiarę – to jest zadanie chrześcijanina. Do takiej wiary i miłości Bóg przygotowywał go jednak stopniowo.

            Sługa Boży urodził się 24 marca 1921 roku w Rybniku, w rodzinie pracownika szpitala Spółki Brackiej Józefa Blachnickiego i Marii z domu Müller. Jego dzieciństwo i młodość przebiegało również w Orzeszu i Tarnowskich Górach. Pradziadek Franciszka pochodził ze wsi Oczki pod Częstochową. Wychowywał się w rodzinie głęboko wierzącej. Miał pięciu braci i dwie siostry. Jego brat Rudolf i siostra Elżbieta urodzili się w Rydułtowach. Dzieciństwo i młodość obfitowały w dramatyczne wydarzenia, które mogły zakończyć się tragicznie: ośmiomiesięcznego Franciszka wyprowadził z ostrzeliwanego domu powstaniec śląski; w wieku sześciu lat przez trzy dni nie odzyskiwał przytomności po wydobyciu z szamba. W wieku osiemnastu lat rozpoczęły się jego doświadczenia więzienno-obozowe: w czasie kampanii wrześniowej –jako plutonowy Wojska Polskiego znalazł się w niemieckiej niewoli, z której szybko zbiegł; mimo wszystko pochwycony przez Gestapo został skierowany 24 kwietnia 1940 roku do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie rozpoczął się dla niego czternastomiesięczny koszmar – był dwukrotnie w karnej kompani oraz w bunkrze głodowym bloku 11. Potem w więzieniu śledczym w Katowicach – na oddziale B-1 - oczekiwał na wykonanie wyroku śmierci. Dziwnym trafem, 14 września 1942 roku, w wieku 21 lat, został ułaskawiony ze zamianą wyroku na 10 lat ciężkiego więzienia, dokładnie w pierwszą rocznicę męczeńskiej śmierci o. Kolbe. Blachnicki mocno przeżył zbieżność tych dat. Uznał, że przeżył, aby kontynuować wizję św. Maksymalna. Następnie do końca okupacji przeżywał gehennę kolejnych więzień: w Raciborzu i Zwickau.

            Blachnicki powrócił z odosobnienia do kraju w 1945 roku. Wstąpił do Śląskiego Seminarium Duchownego i rozpoczął jako jeden z dwudziestu dwóch alumnów studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W dniu 25 czerwca 1950 roku przyjął święcenia kapłańskie z rąk biskupa Adamskiego. Następnego dnia pojechał do Częstochowy. Tu sprawował Eucharystię specjalnie dla swoich sióstr. W „Pamiętniku” zanotował: (…) miałem łzy szczęścia w oczach i mówiłem, że oddałbym wszystkie dotychczasowe chwile radości i szczęścia mego życia za te chwile szczęścia doznane w czasie święceń i dziś przed cudownym obrazem w Częstochowie. Prymicyjną Mszę świętą celebrował w kościele p. w. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Tarnowskich Górach. Na pamiątkowym obrazku umieścił zdanie z Ewangelii według św. Łukasza: I wezwawszy dwunastu Apostołów, dał im władzę i wysłał ich, aby głosili Królestwo Boże oraz wezwanie Najświętsze Serce Jezusa, przyjdź Królestwo Twoje, przez Niepokalane Serce Maryi. Można powiedzieć, że słowa te były trafnym wstępem do jego kapłańskiej pracy. Spojrzenie ks. Blachnickiego na przyszłe życie obrazują również słowa, które zapisał w „Pamiętniku” w czasie pobytu w seminarium: Droga w przyszłość jest dla mnie jasna – droga ofiary. Przyszedł czas złożenia ofiary z siebie, czas umierania. Widzę przed sobą drogę krzyżową, długą i ciężką. Tyle jest we mnie rzeczy, których muszę się wyrzec, tyle cięć bolesnych trzeba dokonać. (…) Będę się modlił gorąco, abym (…) otrzymał łaskę krzyża (…).

            Droga kapłańska ks. Blachnickiego wiodła przez Katowice Wełnowiec, Tarnowskie Góry, Tychy, Łaziska Górne, Rydułtowy, Cieszyn i Bieruń Stary. Wszędzie szczególną opieką otaczał ministrantów i młodzież. Pogłębiał w duchu nowatorskim ich życie chrześcijańskie. W Rydułtowach znalazł się 23 stycznia 1953 roku. Stworzył tu dla chłopców: Scholę Ministrancką p. w. Maryi Wszechpośredniczki Łask i Domowe Kółko Rycerzy Maryi Królowej oraz chór i Zespół Teatralny Ministrantów; dla dziewcząt zaś zorganizował Domowe Kółko Różańcowe Dzieci Maryi Fatimskiej. Z pomocą Rydułtowian zbudował w 1953 roku Domek Maryi w miejscu zburzonej w 1945 roku starej organistówki, który stał się od 1954 roku oratorium publicznym NMP Królowej Różańca św. z Fatimy oraz wystawił grotę maryjną. Pracę formacyjną ze starszą młodzieżą nazwał godzinami religijnymi; wydawał tu pisemko „Echo Domku Maryi”; przeprowadził dwutygodniowe wakacyjne rekolekcje dla ministrantów nazwane Oazą Dzieci Bożych; myślał o stworzeniu Legionu Maryi. Wszystkie wspomniane inicjatywy miały - w wizji ks. Blachnickiego - rozbudzić pobożność maryjną wśród parafian rydułtowskich.

            Po raz pierwszy też w życiu doświadczył prześladowań ze strony przedstawicieli władz komunistycznych. Przejawem tego były groźby i obelgi, które skierował pod jego adresem J. Małuch - kierownik Referatu do Spraw Wyznań przy Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Rybniku. Było to dla niego bolesne przeżycie, ponieważ został publicznie nazwany wrogiem Polski Ludowej, a przecież w czasie II wojny światowej walczył i cierpiał za wolność i niepodległość Polski. Mimo wszystko udało mu się objąć pracą wychowawczą dzieci, młodzież i dorosłych w okresie stalinowskich prześladowań Kościoła. Już wtedy wyróżniał się odwagą oraz szerokim spojrzeniem na wezwania duszpasterskie, przynoszone przez epokę, w której przyszło mu żyć. W ten sposób zjednoczył wokół kościoła wielu Rydułtowian; budził w ich sercach odwagę; łamał socjalistyczne wychowanie młodego pokolenia; odczuwał moc wiary i nadziei. W trakcie dorocznych rekolekcji, które od 1951 roku zazwyczaj odprawiał w pustelni ojców kamedułów na krakowskich Bielanach, ustalał program swojej pracy wewnętrznej na kolejny rok życia, ustawiany przez niego na trzech płaszczyznach: mistycznej, ascetycznej i apostolskiej. W swoich notatkach zapisywał konkretne dyspozycje względem siebie: nie marnować czasu; nie mówić wszystkim wszystkiego, co się wie; nie przechwalać się; nie obmawiać i nie krytykować bez miłości; umieć wysłuchać drugiego; nie przerywać mu; nie narzekać na brak czasu; zadowolić się zrobieniem tego, co jest możliwe; nie denerwować się, gdy coś nie wychodzi po mojej myśli; czy wreszcie - regularna spowiedź.

            W 1955 roku ks. Blachnicki musiał opuścić diecezję katowicką – stało się to pod naciskiem władz państwowych. Udał się wówczas do Niepokalanowa, gdzie podjął studium nad duchowością św. Maksymiliana. Interesował się jego pracami apostolskimi, przede wszystkim jednak zgłębiał jego ideę oddania się Niepokalanej. Odkrycie to nazwał charyzmatem Ojca Maksymiliana Kolbe. Po odwilży w 1956 roku podjął pracę w Referacie Duszpasterstwa katowickiej Kurii i w redakcji „Gościa Niedzielnego”; zorganizował Ośrodek Katechetyczny; założył Krucjatę Wstrzemięźliwości, która w niedługim czasie swoim działaniem objęła całą Polskę. Stało się to dzięki wydawanemu przez niego pismu „Niepokalana Zwycięża”. Już po trzech latach Krucjata liczyła prawie sto tysięcy członków. Była to bez wątpienia sytuacja unikalna w bloku państw socjalistycznych. W sierpniu 1960 roku prężna działalność Krucjaty została przerwana przez bezpiekę. Blachnicki znalazł się w więzieniu – dokładnie w tym samym, co w czasie wojny. Od tego czasu - zdaniem historyków - był jednym z najbardziej prześladowanych duchownych w czasach Polski ludowej. Ówczesne władze traktowały go jak niebezpieczny element, który zagraża państwowemu monopolowi na wychowanie młodzieży. Obawiały się też, że oazowa formacja wychowa ludzi odpornych na indoktrynację i propagandę. Dlatego przygotowano szereg prowokacji przeciwko ks. Blachnickiemu, a oazę nękano represjami administracyjno-karnymi. W latach 70. XX wieku przeprowadzono wiele akcji dezinformacyjnych w celu zdyskredytowania założyciela oaz w oczach polskich biskupów. Działania przeciwko niemu nasiliły się jeszcze bardziej w latach 80., kiedy ks. Blachnicki zdecydowanie poparł ruch „Solidarność”, a na ogólnopolskim spotkaniu księży i animatorów oaz zdecydowanie wypowiedział się przeciwko inwigilacji Kościoła i przyznał, że Ruch Światło-Życie jest protestem przeciwko takiej rzeczywistości. Stwierdził, że „sama inwigilacja Kościoła jako organizacji przestępczej tyle kosztuje Polskę, że gdyby zlikwidowano ową ogromną ilość aparatu milicyjnego, podsłuchującego telefony księży i słuchającego kazań, to kryzys gospodarczy mógłby być przezwyciężony”.

            Począwszy od lat sześćdziesiątych XX wieku, ks. Blachnicki - już jako pracownik KUL - animował Ruch Światło-Życie, zwany najpierw Ruchem Żywego Kościoła. Opracował podstawowe podręczniki na czas rekolekcji i formacji w ciągu roku. Zainicjował działalność Domowego Kościoła i Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Ogarnięty pragnieniem głoszenia Chrystusa ogłosił plan ewangelizacji „Ad Christum Redemptorem”. W 1981 roku wyjechał do Rzymu i już nie powrócił do Polski stanu wojennego. Osiadł w Carlsbergu na terenie diecezji Speyer. Tu założył centrum Ruchu Światło-Życie. Całym sercem był w kraju, gdzie brutalnie rozprawiano się ze społecznym ruchem „Solidarność”. Opracował program, który streszczały hasła: nowy człowiek, nowa kultura i nowa wspólnota. Tam Carsbergu przyjął krzyż cierpienia. Na ten stan nie do zniesienia – jak sam napisał – miał jedną tylko odpowiedź: jeszcze bardziej ufać Jezusowi i Niepokalanej. Widzimy dziś, że wielu Polaków - dzięki jego gorliwości ewangelizacyjnej - zawdzięcza swą duchową przemianę i piękne życie chrześcijańskie.

            Sługa Boży zmarł na obczyźnie rankiem 27 lutego 1987 roku. Wyniki śledztwa prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej w Katowicach w latach 2001-2005 pokazały, że ks. Blachnicki był inwigilowany w RFN przez Służbę Bezpieczeństwa za pośrednictwem jego najbliższych współpracowników o pseudonimach „Yon” i „Panna” oraz że zmarł prawdopodobnie na skutek otrucia. W czerwcu 2003 roku byłem świadkiem przygotowania przez katowicki IPN kopii dokumentów - w sumie było to osiem tomów - dotyczących działalności ks. Franciszka Blachnickiego i przekazania ich Postulatorowi procesu beatyfikacyjnego, ks. Adamowi Wrodarczykowi. Zebrane dokumenty są ważnym świadectwem, odkrywającym ciemne karty historii totalitarnego państwa, jakim był PRL.

            Bóg pozwolił ks. Blachnickiemu ukazywać pośrodku współczesnego świata piękno Kościoła. Do jego grobu w Krościenku nad Dunajcem pielgrzymują dziś młodzi ludzie z kraju i zagranicy. On tam dalej wychowuje!  W tym miejscu modlą się o wiarę konsekwentną i wolność wewnętrzną, o powtórną ewangelizację; proszą o harmonię między tym, co mówią, a jak żyją. Dawni zaś jego uczniowie i przyjaciele, pokazując innym grób zmarłego księdza, mówią: Ten człowiek był prawdziwie wolny. Całe życie uciekał od pokusy zniechęcenia i nigdy nie zadawalał się przeciętnością. Czyż nie jest to Osoba, aby w Polsce znalazła właściwe uhonorowanie? Chociażby ze względu na naszą młodzież.

            Ks. profesor Franciszek Blachnicki to już błogosławiony, który naśladując Chrystusa, woła do naszych serc:

            Uwierz, że Bóg jest Miłością!

            Uwierz na dobre i na złe!

            Uciekaj od zniechęcenia!

            Nie zadawalaj się przeciętnością!

            Dobro bliźniego miej ponad własne!

            Obudź w sobie nadzieję – czystą, heroiczną!

            Żyj w duchu Chrystusowych błogosławieństw!

            Tu – w Rydułtowach!

            Czyż nie warto! Tak, naprawdę warto!

            Bo wielka jest (…) nagroda w niebie! (Łk 6, 23).

 

III. CO ŁĄCZYŁO NASZYCH TYSKICH KAPŁANÓW-BOHATERÓW?:

 

  1. Wspólna parafia – św. Maria Magdalena w Tychach:
  2. a) ks. Kapica – proboszcz w latach 1898-1930
  3. b) ks. Blachnicki – wikariusz w latach 1950-1951
  4. Akcja trzeźwościowa:
  5. a) ks. Kapica – rekolekcje bractwa trzeźwościowe
  6. b) ks. Blachnicki – Krucjata Wstrzemięźliwości
  7. Pasja duszpasterska:
  8. a) ks. Kapica – młodzież alojzjańska
  9. b) ks. Blachnicki – młodzież oazaowa
  10. Walka z pokusami:
  11. a) ks. Kapica – bycia pod wpływem katolicko-niemieckiej partii Centrum
  12. b) ks. Blachnicki – ze zniechęceniem i przeciętnością
  13. Liczba przeżytych lat:
  14. a) ks. Kapica – 64
  15. b) ks. Blachnicki – 66

 

 

Tychy, 7 X 2016, Matki Bożej Różańcowej

 

Ks. dr Henryk Olszar

Zapamiętaj mnie (90 dni)